.

Wyjazd do Francji

Francja… Jadąc tam 8 grudnia 2013, nie sądziłyśmy, że tamtejsza kultura jest tak odmienna od tej, w której się wychowałyśmy. W końcu to przecież ten sam kontynent - Europa. Zaledwie 2 godziny drogi samolotem z Polski. Myślałyśmy, że jedyne, co przez ten tydzień się zmieni, to brak rodzinnego domu, naszych bliskich… i oczywiście brak typowych szkolnych zajęć. Zaskoczyło nas jednak tak wiele rzeczy, że mogłybyśmy spokojnie założyć osobną stronę internetową o naszej podróży. Zacznijmy od tego, że uwielbiamy linie lotnicze Air France, które zabiły nasz wilczy poranny głód, dając nam ciasteczka jabłkowe. Merci beaucoup!

W ogóle lubimy latać. To uczucie oderwania od ziemi, bliskości chmur, jest niesamowite. Daje poczucie wolności. I świadomość tego, jak małą cząstką świata jesteśmy. Tak więc, dwie najbliższe godziny minęły nam na rozważaniach o życiu oraz… na spaniu. Gdy śpią wszyscy dookoła, trudno jest nie ulec syndromowi „stada owcy” Wylądowałyśmy na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu, gdzie przesiadałyśmy się w samolot mający zabrać nas do Rennes. Paryskie lotnisko przypomina osobne miasteczko. Do kolejnych terminali dojeżdża się autobusem, a hale odlotów są naprawdę ogromne! I choć organizacyjnie CDG nie zawodzi, to mimo wszystko można się tu zgubić, co nam również prawie się udało. Na kolejny lot czekałyśmy 4 godziny. Gdy wreszcie zobaczyłyśmy nasz samolot, przez chwilę umierałyśmy na zawał… Był mały. Bardzo mały. Zamiast standardowych 3 siedzeń, po dwóch stronach w każdym rzędzie, miał jedynie 2. Do tego był śmigłowy. Zaufałyśmy mu dopiero mniej więcej w połowie drogi. Z lotniska w Rennes pojechałyśmy na dworzec, skąd odebrały nas nasze rodziny. Anahit trafiła do przemiłej Horlane, z którą bardzo się zżyła. Do Polski wróciła nawet z nową fryzurą! Po spędzeniu 3 godzin na krześle, mama naszej francuskiej koleżanki skończyła pleść na głowie Ani dziesiątki warkoczyków. Milena zamieszkała u Cynthii, wraz z Portugalczykiem - Louisem. Najbardziej jednak zaprzyjaźniła się z innym współlokatorem - kotem, który rankiem witał ją pocałunkami. Justyna spędziła tydzień u dużej, niezwykle sympatycznej rodziny. Mieszkała wraz z Nasmą, Coralie, Nelly i Yvonem, oraz ich wiecznie głodnym psem - Tilou. Wiele się od nich nauczyła. Za to w ich francuskim domu zamiast persil, mówi się odtąd pietruszka. Jeśli jednak wydaje się Wam, że podczas wymiany popija się drinki leżąc pod palmą, to jest to lekkie przekłamanie ;-) Codziennie rano przyjeżdżałyśmy do szkoły w Rennes - Lycée Professionnel Charles Tillon, gdzie pracowałyśmy nad projektem. W ramach programu Comenius zaprezentowałyśmy przygotowany wcześniej film o zawodzie aktora oraz reżyserowałyśmy scenki. Odwiedziłyśmy także fundację JTM - Młodzi przez świat - wspierającą naukę młodych ludzi za granicą.

W Wyższej Szkole ENS Cachan widziałyśmy, jak woda wykorzystywana jest do cięcia metalu, oraz poznałyśmy zasady działania drukarek 3D. Najbardziej jednak czekałyśmy na wycieczkę do Mont Saint Michel i Saint Malo. I choć to pierwsze powitało nas mgłą i pracami wykopkowymi, nadal zachwycało. Bo w końcu górującego nad wszystkim monasterium, połączonego z lądem jedynie groblą, nie potrafi ukryć nawet zła pogoda. Saint Malo to także wyjątkowe miejsce, o ile nie podąża się wyznaczonymi ścieżkami… Nasz prywatny przewodnik Tony - Francuz z polskimi korzeniami - na szczęście znał szlaki mniej wydeptane. W ten sposób warowne mury i ocean wygrały ze sklepami, w których utknęła znaczna część wycieczki . Ten tydzień pokazał nam, jak błędne pojęcie o krajach Europy ma większość Europejczyków. Myślimy, że wszędzie jest tak samo... Zacierając fizyczne granice, wydaje nam się, że wymazujemy również te mentalne. Prawda jest inna, a bogactwo kulturowe nawet najbliższych nam krajów zachwyca. We Francji śniadania je się bez talerzy, wita pocałunkiem w oba policzki i przechodzi przez ulicę również na czerwonym świetle.Mówienie excuse-moi w środkach komunikacji miejskiej, w większości przypadków, nie skutkuje przepuszczeniem dalej, a w szkole, którą odwiedziłyśmy, nie ma szatni. To także we Francji można dostać mandat w wysokości 2 tys. euro, a na obiad spróbować ślimaków, które (o dziwo!) okazały się być naprawdę pyszne. Jednak przede wszystkim to poznani ludzie chwycili nas za serce.

Jak mówi znany cytat - Ludzie poznani przez przypadek często stają się ważną częścią Twojego życia. Potwierdzamy...

Pierwszego dnia płakałyśmy za domem. Ostatniego - że chcemy zostać w Rennes. Cóż za paradoks. Jedno wiemy na pewno - będziemy bardzo tęsknić! Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji i prezentacji z tłumaczenie angielski i francuskim.

Justyna Firkowska III B, Milena Sołtysiak III B i Anahit Kirakosyan I C